Dubioza Kolektiv i Happy Machine. Po kilku kolejkach będziecie zachwyceni! [RECENZJA ALBUMU]

Autor: 
Michał Kaproń
Kiedy księżyc zalśni nad uśpioną okolicą Sarajewa, jej powietrze przeszywa specyficzna woń i dziwny, jakby bulgoczący szmer tajemniczej aparatury. Wówczas wiadomo, że coś się dzieje. W ruch poszły „wesołe maszyny”.

Są takie dni na Bałkanach, kiedy to na ulicach miasteczek i wsi panuje zadziwiający spokój. Ta nadzwyczajna aura nachodzi wraz z ostatnimi podmuchami jesiennych wiatrów, gdy z sadów znikną już najdojrzalsze śliwki, winogrona i gruszki. W godzinach przedwieczornych miejscowa starszyzna plemienna, na kształt związanych wielowiekową tradycją peregrynacji, schodzi się we wcześniej ustalonych punktach, z pewnych względów preferując piwniczki lub przydomowe szopy. Jest to czas spotkań z bliskimi, czasem przepełniony wesołością i głośnym śmiechem, a czasem spędzany na głębszej zadumie i statecznej (jak i statycznej) kontemplacji. Kiedy księżyc zalśni nad uśpioną okolicą, jej powietrze przeszywa specyficzna woń i dziwny, jakby bulgoczący szmer tajemniczej aparatury. Wówczas wiadomo, że coś się dzieje. W ruch poszły „wesołe maszyny”.

Po niemal 3 latach od wydania ostatniego longplaya „Apsurdistan” Dubioza Kolektiv wraca z nowym albumem. W międzyczasie sporo się zmieniło w życiu zespołu, zarówno na węższym jak i szerszym planie – z kolejnymi wielotygodniowymi trasami na koncie, wywołaniem ruchów niemal tektonicznych na YouTube, politycznym i medialnym zaangażowaniem jak i z nowym gitarzystą Dubioza mówi już znacznie donioślejszym głosem. Choć sami muzycy wolą zachować dystans wobec zyskanej popularności i niespecjalnie lubią epitet „głosu generacji”, który przydaje im wielu, chyba nie sposób było całkowicie uciec od narosłych oczekiwań. Z tym większym zaciekawieniem włączyłem w swym odtwarzaczu bezpłatnie ściągnięty album „Happy Machine” (link poniżej), a to co w chwilę później ukazało się mym uszom postaram się przenieść poniżej.

Dokomorowy zastrzyk adrenaliny

Nie wiem jaka dziś u was pogoda, ale np. w Sarajewie tego lutowego poranka było niskie ciśnienie i jakoś smętnie. Było, bo od pierwszej nuty otwierającego płytę „All Equal” nowa Dubioza działa jak dokomorowy zastrzyk adrenaliny. Jest naprawdę szybko. Przez „Apsurdistan” trochę nawykłem na bardziej stonowane melodie, które można było sobie zagwizdać, było to jednak zwodnicze. Folkowy sznyt nadal jest na swoim miejscu, choć w bardziej agresywnej odsłonie, gdzie szalonymi synkopami tylko dodaje kompozycjom rozpędu. Potwierdza to numer 2 na płycie, dobrze już znany „No Escape (from Balkan)”, który może służyć jako encyklopedyczny wzór singla zapowiadającego klimat całości. Niewątpliwie najostrzejsze brzmienie w dotychczasowej twórczości opiera się też w sporej części na mocno wykręconej elektronice. Niepozorna z nazwy „wesoła maszyna”, ku memu zaskoczeniu stylistycznie nawiązuje zatem bardziej do czasów „Bring the system down” czy „Šuti i Trpi”.

Spośród 7 nowych utworów które znalazły się na płycie, mnie do gustu najbardziej przypadł chyba ten najszybszy i najbardziej krytyczny zarazem -„Red Carpet” z gościnnym udziałem Manu Chao, oraz wspomniany „All Equal”, ze względu na stylowy eklektyzm, w którym połączenie bałkańskich trąb z hipnotyzującym, orientalnym brzmieniem w klimacie Punjabi MCs wypadło moim zdaniem genialnie. Słowa uznania należą się też za przypomnienie (nomen omen) motywu przewodniego z filmu „Sjećaš li se Dolly Bell” w mocno „dubiozowej” wersji włoskiego przeboju lat ’60 - „24000 Baci” Adriano Calentano.

Dubioza po pendżabsku

Jak mogliśmy się spodziewać, i tym razem jest bardzo anty: antysystemowo, antyglobalizacyjnie, antykapitalistycznie. Da się słyszeć nawiązania do protestów w Bośni sprzed dwóch lat, kryzysu migracyjnego, afer inwigilacyjnych. Zapał do wzniecania buntowniczego nastroju u odbiorców najwyraźniej nie osłabł pośród członków Dubiozy, i choć muzycznie może się to wydać już nieco powtarzalne i naiwne, na koncertach ta formuła na pewno będzie się sprawdzać znakomicie. Koncept muzyki jako uniwersalnego języka zrealizowano w warstwie lirycznej bardzo konsekwentnie. Na płycie w ogóle nie spotkamy się z językiem ojczystym twórców (nie licząc powtarzanych tu i ówdzie swojskich „opa!” lub „ajde!”), usłyszymy natomiast angielski, hiszpański, włoski, a nawet pendżabski. Lokalnego kolorytu w wokalach uświadczymy więc tylko przez uroczo twardy, słowiański akcent Adisa i Almira.

Osobiście nie wierzę w wystawianie miarodajnych ocen przy pomocy jakichś cyfr, wszak ilu odbiorców tyle skali wrażeń. Żeby jednak jakoś oddać to, co osobiście czuję po kilkukrotnym zażyciu albumu, mogę tylko pokusić się o pewne porównanie. „Happy Machine” zaprawdę jest „wesołą maszyną” z bałkańskiej piwnicy - z niepozornych składników, w sobie tylko znany sposób, potrafi wywołać uśmiech na twarzy, dobrą zabawę, podniecenie czy nawet euforię. Natomiast dobra rakija to podobno taka, która ma delikatny aromat, w pierwszym kontakcie nie piecze w gardło, a po chwili rozlewa się przyjemnym ciepełkiem po całym ciele i niepostrzeżenie uderza do głowy.  Ta partia muzycznego destylatu przez pewne niedociągnięcia jednak trochę zalatuje i ciut piecze, reszta procesu przebiega zaś zgodnie ze scenariuszem – po kilku „kolejkach” i tak będziecie zachwyceni.

Album ściągniecie z oficjalnej strony Dubioza Kolektiv.