Bajaga: Polacy i Serbowie czują muzykę!

Autor: 
Piotr Bartulewicz
Bajaga
Polskie wersje jego piosenek takie jak "Ostatnia nocka", czy "Mój przyjacielu" stały się wielkimi przebojami. Momčilo „Bajaga” Bajagić w rozmowie z Jugofoniką opowiada o tym, co łączy Serbów i Polaków.

Piotr Bartulewicz: W Polsce znają Cię nieliczni – głównie pasjonaci serbskiej i ex-jugosłowiańskiej muzyki. Ale co ciekawe, twoje piosenki w wykonaniu polskich wokalistów stały się w naszym kraju wielkimi przebojami.

Momčilo „Bajaga” Bajagić: Bardzo mnie to cieszy. Już trzy moje utwory doczekały się polskich interpretacji. Pierwsza była piosenka „442 do Beograda”, którą na nowo nagrał Olaf Deriglasoff (polski tytuł: „Falochron” – przyp.red.). Potem zwrócił się do mnie Goran Bregović – razem z Krzysztofem Krawczykiem nagrali mój utwór „Moji drugovi” ( „Mój przyjacielu” – przyp. red.). Trzeci był Maciej Maleńczuk i „Verujem, ne verujem” („Ostatnia nocka” – przyp. red.). Podobają mi się ich wersje.

Piotr Bartulewicz: Czy brałeś udział w ich produkcji?

Bajaga: Nie, dałem im tylko swoją muzykę. Wszystko zaaranżowali sami. A Deriglasoff, Krawczyk i Maleńczuk napisali też swoje własne teksty.

Piotr Bartulewicz: Jak sądzisz, dlaczego Polakom tak bliska jest bałkańska muzyka?

Bajaga: Ktoś ostatnio powiedział mi, że Serbowie i Polacy mają 54% wspólnych genów. Poza tym wszyscy jesteśmy Słowianami. Wydaje mi się, że polski i serbski, choć są innymi językami, brzmią bardzo podobnie. Polacy i Serbowie czują muzykę. To, co podoba się nam, lubicie i wy.

Piotr Bartulewicz: Zaczynałeś w latach osiemdziesiątych od gry w grupie Riblja Čorba. Potem założyłeś swój własny zespół. Jak z twojego punktu widzenia zmienił się od tamtego czasu rynek muzyczny w Serbii i pozostałych byłych jugosłowiańskich republikach?

Bajaga: W przyszłym roku minie trzydzieści lat od założenia zespołu. Na początku wydawaliśmy albumy na płytach winylowych, potem pojawiły się kasety, płyty CD. Teraz nie ma już nic, zostało tylko marne MP3. Zmieniło się prawie wszystko. Wyjątkiem są koncerty, których nadal gramy dużo, mimo kryzysu w przemyśle muzycznym.

Piotr Bartulewicz: Jesteście jednym z pierwszych serbskich zespołów, które po wojnie domowej zdecydowały się ponownie koncertować w całej byłej Jugosławii. Z jakim odbiorem spotykacie się w Chorwacji i Słowenii?

Bajaga: Podczas wojny nie angażowaliśmy się w konflikt – śpiewamy głównie piosenki o miłości. Dzięki temu udało nam się zachować dobry kontakt z fanami we wszystkich byłych republikach. Mamy wielu przyjaciół poza Serbią i regularnie koncertujemy. Następne koncerty damy w Chorwacji i w Serbii. 22 czerwca zagramy w Belgradzie, dla około 20 tys. ludzi. Nasza nowa płyta została wydana w Słowenii, Chorwacji, Serbii, Czarnogórze i Republice Serbskiej (jedna z części składowych Bośni i Hercegowiny – przyp.red.). Wszędzie spotkała się z ciepłym przyjęciem.

Piotr Bartulewicz: Gdzie zagraliście swój największy koncert w karierze?

Bajaga: W 2006 na nasz koncert w belgradzkiej Arenie przyszło 20 tys. osób. To był nasz największy biletowany koncert. Ale prawdziwy rekord pobiliśmy w 2010 roku na  belgradzkim festiwalu piwa – wtedy zagraliśmy przez 200-tysięczną publiką.

Piotr Bartulewicz: To pułap na razie nieosiągalny dla polskich zespołów. Dlaczego Serbowie, Chorwaci i Bośniacy tak tłumnie chodzą na koncerty rodzimych wykonawców?

Bajaga: My po prostu kochamy muzykę. To ma pewnie związek z naszym południowym temperamentem. Ale i u nas działa mnóstwo zespołów, które grają tylko w klubach.

Piotr Bartulewicz: Ogromną popularnością w Serbii cieszy się tzw. turbo-folk. Czy stanowi zagrożenie dla rodzimego rocka?

Bajaga: Nam to nie przeszkadza, bo na nasze koncerty przychodzi inna publiczność. Zresztą obecnie turbo-folk jest chyba popularniejszy w Chorwacji. Dlatego nasi piosenkarze często tam koncertują.

Z Bajagą spotkaliśmy się przy okazji jego pierwszej wizyty w Polsce w kwietniu 2013 r. Wywiad ukazał się pierwotnie na stronie newsweek.pl